Rowerem przez Norwegię

Rowerem przez Norwegię

Długo za nami chodziła Norwegia, ale w końcu udało się zrealizować kolejne małe marzenie. Przez 19 dni poznawaliśmy prawdziwe oblicze tego kraju, zwiedzając zachodnie fiordy, zmierzając się z bezlitosnymi lodowcami w samym środku lata oraz nieustannie obcując z dziką naturą. Ale przecież wyprawa bez przygód to nudna wyprawa.

Nasza trasa

Rowerem w stronę fiordów

14 lipca wylądowaliśmy w Bergen i nie zwiedzając miasteczka, od razu obraliśmy kierunek Hardangerfjordu. W obfitym i nieustannie padającym deszczu ta podróż zajęła nam wieki. Przez Indre Arna, Tysse i Eikedalen w końcu dobrnęliśmy do Norheimsund.

Plaża przy polu kempingowym w NorheimsundPlaża przy polu kempingowym w Norheimsund

Jadąc jedną z najpiękniejszych tras podziwialiśmy malownicze okolice Hardangerfjordu. Wkrótce przez ogromny, zawieszony nad fiordem most dojechaliśmy do Eidfjord. W tym też miejscu skończył się fiord, a zaczęła najgorsza część naszej wycieczki. Pchaliśmy rowery nad przepaścią, by pokonać przełęcze. Po kilkugodzinnych mękach, dotarliśmy do kempingu w Garen.

Kolejne dni zrekompensowały wszystkie dotychczasowe trudy. Z Garen, przez mroźny płaskowyż Hardangervidda dotarliśmy do upragnionej ścieżki Rallarvegen. Podziwiając Norwegię w pigułce, koniec końców utknęliśmy na lodowcu i spędziliśmy noc w wiecznie zimowym Finse. Dojechaliśmy też do długo wyczekiwanego Sognefjordu, poleniuchowaliśmy we Flåm i Aurland, popływaliśmy po Naerfjordzie, wygraliśmy z nieznośną drogą Stalheimskleiva i wróciliśmy do domu.

Ulvik nad HardangerfjordemUlvik, jedna ze spokojniejszych i piękniejszych miejscowości nad Hardangerfjordem.

Plusy i minusy pobytu w Norwegii

W Norwegii najbardziej wkurzał nas deszcz, który ujmował uroku przyrodzie, uprzykrzał jazdę na rowerze i powodował najgorszą na świecie gęsią skórkę. Co gorsza, ten głupi deszcz moczył nas przez większość czasu.

Problemem jest też brak ścieżek rowerowych poza miastami. A nawet jeśli jakaś widniała na mapie, później okazywała się najzwyklejszą ulicą – z pędzącymi samochodami i tirami. Na szczęście większość Norwegów jest kulturalna i wymijała nas w dużej odległości, ale wciąż problemem jest pozostałe 10% kierowców wyprzedzających na łokieć.

Ostatnim minusem są ceny, o których krążą już mity. Czy w Norwegii jest rzeczywiście tak drogo? By odpowiedzieć sobie na to pytanie, kilka miesięcy temu polecieliśmy na weekend do Bodø, licząc na to, że przy okazji złapiemy zorzę polarną. Zorzy nie widzieliśmy, ale przynajmniej dowiedzieliśmy się o horrendalnie wysokich kosztach życia w Norwegii. Dzięki temu mogliśmy odpowiednio się przygotować. Zabraliśmy ze sobą dużą ilość konserw, słodyczy i suszonych owoców.

Widok na AurlandsfjordWidok na Aurlandsfjord. W drodze na punkt widokowy Stegastein.

Jak sami widzicie nie takie straszne te złe strony. Dla Norwegii można się poświęcić.

Deszcz? Jak to mówią mieszkańcy – nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór. Obkupcie się więc w przeciwdeszczowe okrycia i ruszajcie w trasę. Albo po prostu przeczekajcie złą pogodę i wyruszcie kolejnego dnia lub nawet nocną porą.

Brak ścieżek rowerowych? To niestety trzeba przeboleć. Zaopatrzcie się koniecznie w mocne przednie i tylne lampki.

Wysokie ceny? Weźcie jak najwięcej jedzenia z Polski, by kupować tylko podstawowe produkty takie jak chleb, mleko czy owoce. Zamiast kempingu można nocować na dziko, choć to już czasem survival. Na szczęście ceny kempingów nie odstają zbytnio od tych zachodnioeuropejskich.

Jak widać, powyższe nieprzyjemności da się przeżyć. Kiedy staniecie przed pierwszym norweskim fiordem, będziecie tego samego zdania.

Norwegia w środku lata, czyli RallarvegenNorwegia w środku lata, czyli Rallarvegen

Marzenia same się nie spełniają

Podróże nie zawsze są łatwe, bezproblemowe i przyjemne. Gdyby były, nie byłyby przygodą. Nie myśl więc, że zawsze będzie łatwo, ale uwierz, że będzie warto.

Ile to razy byłam zła, rzucałam rower, a potem zapierając się mocno nogami podnosiłam 50 kilo do góry. Ile razy moje ręce zamieniły się w lód i twarde jak kamień nie pozwoliły zmieniać przerzutek. Ile to razy wielkie krople deszczu wpadały mi do oczu. Ile to razy przemoczona do suchej nitki marzyłam o łóżku. Jak wiele razy pędzący tir zdmuchiwał mnie na boki. Jak wiele razy ciemne tunele przyśpieszały bicie serca.  A przede wszystkim ile potu kosztowało mnie całodniowe pchanie roweru pod górę.

Ale…

Nie uwierzysz jak wiele się nauczyłam, ile przeżyłam i jak dużo mogłam zobaczyć. Jak wiele razy nie mogłam oderwać wzroku. Ile razy mogłam się rozpędzić i jak piszczały wtedy hamulce. Cóż… by dostać się na szczyt marzeń, trzeba przejechać długą i ciężką drogę. A potem cieszyć się szalenie z 20-kilometrowego zjazdu w dół.

Ulvik i okolice

Już wkrótce pokażemy Wam kilka najciekawszych miejsc z naszej wyprawy. Keep in touch!

O autorze

Lubię uciekać daleko w świat, nie mówiąc o tym nikomu, wracać z tysiącem zdjęć i głową pełną wspomnień. Na ogół możecie znaleźć mnie w górach, które cenię najbardziej.

  • fotozwiedzacz

    Piękne miejsca i zdjęcia. Podziwiam ile kilometrów potraficie pokonać

    • Dziękujemy! Dziennie pokonywaliśmy jakieś 40 kilometrów, by móc nacieszyć się mijanym miejscem :) Przy 3 tygodniach wyprawy robi się już naprawdę spory kawałek, choć to żaden wyczyn.